| << | Maj 2012 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 |
| 7 | 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | | | |
Księga gości
| O mnie |
|
| Przemas112 |
16 ,
Żołędowo |
| Cześć jestem Przemek mam 12 lat. Interesuje się paranauką i myślę że wy też więc dlatego stworzyłem ten blog. Życzę miłej lektury |
|
| Zobacz mój profil |
|
|
|
|
Świat, który istniał przed naszym
2008-03-20
|
| Starożytny, rabiniczny tekst mówi: „przed Adamem istniał świat za światem”… Czy to możliwe? Znaleziska archeologiczne potwierdzają, że historia niekoniecznie wygląda tak, jak przedstawiają to podręczniki historii... Zapraszamy do zapoznania się z tekstem autorstwa Brada Steigera.
Starożytny rabiniczny tekst mówi: „przed Adamem istniał świat za światem”…
Brad Steiger, autor wydanej po raz pierwszy w 1978 roku książki wspomina o trudach związanych z zawartymi w niej teoriami o globalnej prehistorycznej cywilizacji i tajemniczych przedmiotach „wykonanych ludzką ręką”, które odnajdywano w najgłębszych i najstarszych geologicznych osadach. Krytyka dosięgała go nie tylko ze strony naukowców, ale i religijnych fanatyków. Niektórzy otwarcie przyznawali, że autor nie miał prawa pisać o archeologicznych dziwach, ponieważ podobne odkrycia, jeśli zostaną uznane mogą wpłynąć na tradycyjny i uznawany wizerunek historii człowieka.
Zdawało się, że dużo emocji wzbudzały odciski sandałów i stóp w pokładach pochodzących sprzed 250 mln lat. Jeśli nie były to odciski stóp hominidów, musiała pozostawić je dwunożna istota o budowie stopy bardzo przypominającej ludzką.
Skamieniałe ślady stóp mogące należeć do ludzi, znajdowane są na całej planecie, choć jak się zdaje najwięcej w południowo-zachodnim USA. Ślady te w dodatku odnajdowane były w miejscu ze śladami trójpalczastego dinozaura, wywołując niekończące się kontrowersje u przedstawicieli ortodoksyjnej nauki, gdyż konwencjonalny kalendarz epok wskazuje, że pradawne gady zniknęły 60 milionów lat przed tym, jak najwcześniejsi przodkowie człowieka rozpoczęli ewolucyjną wędrówkę.
Z pewnością jednak próba rozwiązania zagadki pochodzenia człowieka jest niezwykle trudnym zadaniem.
W kwietniu 1997 roku poinformowano o odkryciu czterech doskonale wykonanych włóczni łowieckich, których wiek szacowany był na 400.000 lat. Odkryto je w kopalni węgla kamiennego w Hanowerze w Niemczech. Mierzące niemal 2 metry włócznie, doskonale wykonane i wyważone, są zdaniem archeologa Hartmuta Thieme „najstarszymi i najbardziej kompletnymi narzędziami myśliwskimi, jakie kiedykolwiek odnaleziono”.
Skamieliny przypominające odciski ludzkich stóp.
Problem ze znaleziskiem polega na tym, że ortodoksyjna i konwencjonalna grupa uczonych wcześniej spierała się nad tym, że człowiek zaczął polować dopiero przed 40.000 lat.
17 listopada 2007 wykopaliska paleoantropologa Davida Lordkipanidzego w Dmanisi w Gruzji odsłoniły szkielety niewielkich wczesnych istot ludzkich liczące sobie 1.77 miliona lat. Zagadką niełatwą do rozwiązania pozostaje to w jaki sposób przodkowie człowieka odnaleźli drogę z obszaru Wielkich Rowów Afrykańskich na wyżyny u stóp Kaukazu. Może w ogóle należy przemyśleć na nowo teorie dotyczącą „wyjścia z Afryki”.
Nasz świat, w którym istnieje telewizja, internet, samoloty i auta, rozpoczyna się rzekomo przed 6000 lat w Sumerze, gdy jasne światło umierającej gwiazdy zwróciło uwagę prymitywnych neolitycznych ludzi skłaniając ich ku postępowi kulturalnemu.
Niemalże w mgnieniu oka plemiona, które przez wielki zadowalały się walką o Mezopotamię w jakiś sposób wykształciły sztukę cywilizowanego życia. Porzucając zbieractwo i łowiectwo, stali się oni rolnikami uprawiając ziemię i nawadniając pola. Stali się też ekspertami w metalurgii, ceramice i setkach innych sztuk. Stawiali trwałe domy, świątynie, wieże i piramidy w miejscach, gdzie przed kilkoma dekadami stały chwiejne chatki czy namioty.
Berossus, babiloński kapłan i historyk wskazuje na Oannesa – pół-człowieka pół-rybę, który wyłonił się z wód Zatoki Perskiej stając się nauczycielem prymitywnych Sumerów i twórcą kolebki cywilizacji. Poprowadził ich do napisania pierwszej miłosnej pieśni, stworzenia pierwszego systemu szkolnego, pierwszego wykazu substancji leczniczych, zbalansowanego kodeksu prawnego i stworzenia podwalin pod pierwszy parlament. Przed pojawieniem się Oannesa, jak pisze Berossus, Sumerowie „żyli jak bestie w polu, bez porządku czy rządów”.
Budzący kontrowersje ślad z Burdick odnaleziono w wapieniu pochodzącym z okresu kredowego w Teksasie. Szacunki wskazują, że osoba która go pozostawiła mierzyła ok. 2.1 m wzrostu.
Sumeryjscy astronomowie stali się tak biegli w swym fachu, że ich pomiary obrotów Księżyca różnią się tylko o 0.4 od współcześnie uzyskanych danych.
Czy mityczny Oannes to jedynie symbol nagłego wyłonienia się cywilizacji, czy może pochodził on z obcego, niezwykłego świata, który istniał na planecie setki, tysiące a może i miliony lat przed Sumerami?
U szczytu cywilizacji greckiej najwyższą ze znanych liczb było 10.000. Po tej sumie wedle greckich matematyków następować miała „nieskończoność”. Setki lat przed Grekami, Sumerowie opanowali tajniki matematyki dochodząc do serii niezwykłych osiągnięć. Tabliczka odnaleziona na wzgórzach Kuynik zawiera liczbę składającą się z 15 cyfr – 195.955.200.000.000.
Sumeryjscy astronomowie śledzili gwiazdy z precyzją porównywalną ze współczesnymi naukowcami. Jeden z wizerunków ukazuję planetę krążącą wokół Słońca, o czym Kopernik i Kepler mówili 500 lat temu.
Inne sumeryjskie rysunki ukazują przypominające człowieka istoty z hełmami z gwiazd, niektóre z nich ukazane są, gdy spoglądają na niebiańskie dyski lub kule.
Konwencjonalni historycy mają zwyczaj odrzucania mitów i legend dotyczących pochodzenia cywilizacji czy narodów, czyniąc tak samo z relacją Sumerów o założeniu ich własnego miasta-państwa.
We wspólnej pracy pt. „Intelligent Life in the Universe”, dr Carl Sagan oraz dr Joseph S. Shklovski omawiają sumeryjskie tabliczki jako prawdopodobną relację z pierwszej ręki dotyczącą tego, jak zaczynała się cywilizacja: „Starożytni skrybowie prezentują relację o niezwykłej serii wydarzeń. Sumeryjska cywilizacja przedstawiana jest przez potomków samych Sumerów jako cywilizacja o nieludzkim rodowodzie. Seria dziwnych stworzeń pojawia się przez kilka pokoleń. Ich jedynym wyraźnym celem jest instruowanie ludzkości. Oannes oraz Apkallu opisywane są różnie – jako „zwierzęta obdarzone rozumowaniem”, jako „byty”, „pół-demony” czy „osobistości”.

„Pedro” – odnaleziona w 1932 roku w Wyoming mumia karłowatej istoty.

Zadanie rozwiązania zagadki pochodzenia człowieka może być jeszcze trudniejsze dla współczesnych badaczy, jeśli zastanowią się nad analizą tych wielu niezwykłych znalezisk. Wiele wykopalisk w USA odsłoniło szczątki prymitywnych mężczyzn i kobiety mierzących 2.1 m wzrostu, hominidów z rogami, gigantów z podwójnymi rzędami zębów, prehistorycznych ludzi o ukośnych czołach oraz pigmejów, jeszcze mniejszych od tych znanych dziś.
W lipcu 1895 roku grupa robotników pracujących niedaleko Bridal Veil Falls w Kaliforni odnalazła grób kobiety mierzącej 2 metry wzrostu. Górnicy odnaleźli ją za ścianą z kamienia, która wykonana została z dużą precyzją. Znalazcy mieli nadzieję, że natrafili na skarb, lecz zamiast złota i klejnotów odnaleźli szczątki kobiety owinięte w zwierzęce skóry i posypane szarym popiołem. Przy swej piersi trzymała ona pozostałości dziecka.
Naukowcy w Los Angeles zgodzili się, że mumia należała do rasy, która panowała na kontynencie przed tym, jak zaczęły na nim dominować plemiona rdzennych Amerykanów. Oszacowano, że za życia mogła mierzyć ok. 210 cm wzrostu, co wskazywało, że mężczyźni należący do tej rasy osiągali 240 cm.
W 1898 H. Flagler Cowden oraz jego brat Charles odkopali szczątki ogromnej kobiety, która wedle nich była reprezentantką rasy wysokich prymitywnych istot, które zniknęły z powierzchni ziemi 100.000 lat temu. Co ciekawe, Cowdensowie odnaleźli gigantkę w Death Valley (Dolina Śmierci), obszarze, która choć w dzisiejszych czasach jałowy, mógł w czasach prehistorycznych stanowić zatokę Pacyfiku. W tych samych powłokach, w których odnaleziono szkielet kobiety znajdowały się także pozostałości wielbłądów, słoni, palm, paproci oraz ryb.
Prawdopodobnie szacunki braci Cowdens co do wieku były nieco przesadzone, choć wysnuli oni swój wniosek na podstawie liczby krzemu w ziemi i piasku, oraz przez stan petryfikacji szczątków, jak i krystalizacji i opalizacji szpiku kostnego. Szacunkowa wysokość mężczyzn należących do rasy, którą reprezentowała kobieta mogła osiągać 2.4 m.
Cowdensowie odkryli także liczne anomalne wyrostki i cechy nie odnajdowane u współczesnych ludzi. Aby przytoczyć najbardziej interesujące z nich, wspomnieć można o zębach kobiety, u której kły były dwukrotnej długości niż u przeciętnego człowieka. U podstawy kręgosłupa posiadała także dodatkowe kości „zaś każda wskazówka zdradzała dowód na to, że kobieta i jej lud posiadali przypominające ogon wyrostki”.
Relacja prasowa datowana na 4 kwietnia 1874 mówi o katakumbach ze szkieletami gigantów, które ukazały się w czasie prac nad linią kolejową łączącą Wildon i Garrysburg w Północnej Karolinie: „Czaszki miały niemal cal grubości, zęby były ostre a szkliwo na nich doskonale zachowane; kości były w doskonałym stanie; kość udowa była tak długa jak noga zwykłego człowieka, zaś wysokość ciała mierzyła prawdopodobnie od 8 do 9 stóp (2.4 – 2.7 m.). Ciała były umieszczone blisko siebie, jedne na drugich… Tajemnicą jest kim byli, do jakiej rasy należeli, jakiej ery i w jaki sposób zostali tu pochowani…”
Amerykę Północną zamieszkiwały nie tylko cywilizacje olbrzymów, ale i karłów…
„Harper’s Magazine” z lipca 1869 wspomina o kilku cmentarzyskach w Tennessee, na których pochowano niewysokich mężczyzn i kobiety, z których najwyższa osoba mierzyła niecałe 50 cm wzrostu. Istoty te, przedstawicieli nieznanej kultury, pochowano w kamiennych trumnach z głowami skierowanymi na wschód oraz rękoma złożonymi na piersiach. Z tyłu po lewej stronie każdego szkieletu znajdowało się naczynko wykonane z kamienia albo muszla w szarym kolorze.
Z coraz większą ilością anomalnych odkryć w pokładach geologicznych w Północnej Ameryce, coraz bardziej wyraźnym staje się domniemanie, jakoby kontynent służył przez wieki jako ogromne laboratorium dla genetycznych eksperymentów. Być może należy rozważyć możliwość, że przodkowie naszego gatunku mogli być wiedzeni zaułkami ewolucji a tajemnicze stworzenia z mitologii mogły być nieudanymi eksperymentami prehistorycznych inżynierów genetycznych żyjących w zapomnianym świecie, który istniał przed naszym.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Diabelskie i święte kamienie
2008-03-20
|
Nazywa się je „diabelskimi" lub „świętymi". Rozmieszczone są na terenie całego kraju, budząc postrach i respekt. Głazy o niezwykłych właściwościach, których charakterystyczną cechą jest to, że mają odciśnięte dziwne znaki - najczęściej ślady stóp, rąk, pazurów, kopyt. Ludzie wiążą je zwykle z kultem boskim lub szatańskim, ale niektórzy twierdzą, że zrzucili je kosmici.
Kamienie te można bardzo łatwo zlokalizować, gdyż są one za-zwyczaj dobrze znane okolicznym mieszkańcom. Najpopularniejszym miejscem, w którym znajduje się „święty" kamień, jest Sanktuarium Maryjne w Licheniu. Są na nim od-ciśnięte dwie stopy. Kamień ten jest prezentowany w oficjalnych wydaw-nictwach kościelnych. Inne miejsce to Smykań koło Szczyżyca, Miłoszyce, Mława, Kościerzyna, Tychowo, Pińczyn, Stopka - to tylko niektóre miejsco-wości, gdzie odkryto takie głazy. Jest ich na terenie Polski około 200.
 Święty kamień z Lichenia z odciskami dwóch stóp.
Umieszczone na nich znaki są tak wyraźne, że wyglądają jak odci-śnięta w plastelinie ręka lub stopa. Nie jest to żadne przypadkowe podobieństwo czy deformacja kamienia. Wydaje się, że ktoś kie-dyś w jakiś sposób zmiękczył struk-turę kamienia po to, aby pozosta-wić tam ślad. Wygląd i kształt tych odcisków wyklucza tezę, że powsta-ły one w sposób naturalny.
Uzdrawiające kamienie i mściwe głazy
Sporo takich kamieni można znaleźć na Podlasiu. Znajdują się one w Zajączkach, Knorydach, Zawadach, Grodzisku, Białkach, Białowieży. Kamienie w miejscowościach Knorydy i Zajączki mają według miejscowej ludności odcisk stopy Matki Boskiej. Obok głazów zbudowano prawosławne cerkiewki, w których od czasu do czasu odbywają się nabożeństwa. W Knorydach kamień jest wyeksponowany na betonowym podwyższeniu, a bijące obok źródełko ma właściwości lecznicze. Miejscowi ludzie opowiadają, że w czasie Drugiej Wojny Światowej kamień chronił wieś przed zniszczeniem. Większość okolicznych miejscowości było spalonych i zbombardowanych przez Niemców. Knorydy zostały nienaruszone - żaden dom nie został zniszczony.
 Ślad na głazie w Grodzisku ma postać pół stopy, pół kopyta.
Kamień obok wsi Zajączki leży na polu porośniętym zbożem. Przed wojną ówczesny właściciel pola chciał rozbić głaz. Wbijał w niego metalowe kliny próbując go rozłupać. Jednak kamień nie rozpadł się. Gospodarz postanowił więc rozsadzić go prochem. Wywiercił w głazie kilka otworów i wsypał w nie proch. Tym razem kamień także się nie poddał, a w dodatku zemścił się okrutnie na swym oprawcy. W pewnym momencie nastąpił niekontrolowany wybuch prochu i ogień wypalił człowiekowi oczy. Od tej pory nikt nie śmie ruszać głazu. Do dziś tkwią w nim metalowe kliny, widać także wywiercone otwory.
 W kamieniu w Zajączkach wywiercono otwory, w które najpierw wbijano metalowe kliny, a potem sypano proch, próbując w ten sposób rozsadzić głaz.
Najdziwniejszy kamień jest w miejscowości Zawady koło Bielska Podlaskiego. Leży w lesie na mokradłach i trudno jest do niego dotrzeć. Legenda głosi, że dawno temu pękła gwiazda w niebie i jej szczątki spadły na ziemię. Jednym z nich jest ten kamień. Nosi on odcisk stopy Matki Boskiej. Tuż po wojnie ktoś próbował wysadzić go i, o dziwo, ładunki, które miały go rozerwać, odłupały jedynie kawałek jego boku. Wywiercono nawet otwór obok odciśniętej stopy, włożono laskę dynamitu i zdetonowano. Wybuch nie naruszył zupełnie odcisku.
Dłuższe przebywanie przy tym kamieniu powoduje ból głowy i złe samopoczucie utrzymujące się nawet kilka dni. Wokół głazu stwierdzono podwyższone promieniowanie radioaktywne zaś badania radiestezyjne wykazały, że głaz w Zawadach emituje aż dwa rodzaje dziwnego promieniowania. Radiesteci stwierdzili też, że zawadzki kamień połączony jest liniami energetycznymi z piramidami egipskimi.
W miejscowości Białki na kamieniu odciśnięty jest głęboki ślad, który nie przypomina ani stopy, ani ręki, ale wydłużony trójkąt. Legenda głosi, że w czasach, kiedy panowała tu zaraza i masowo umierali ludzie, przechodziła tamtędy Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus. Zaczepiła się o ten kamień i stłukła sobie nogę. I stąd ten ślad. Jest on głęboki i zawsze jest w nim woda, która ponoć nigdy nie wysycha. Według miejscowej ludności woda ta ma właściwości uzdrawiające. Ale to nie koniec legendy. Matka Boska objawiła się dwa kilometry dalej w Dubiczach Cerkiewnych obok tryskającego z ziemi źródełka. W czasach, gdy panował tam pomór woda ze źródełka czyniła cuda uzdrawiając ludzi. Ale pewnego razu jakaś kobieta wykopała w niej chorego psa i jak powiedział napotkany na miejscu rozmówca: „Wie, zwierz niechrzczony i źródełko moc straciło”.
W Grodzisku odcisk na kamieniu ma postać półstopy - półkopyta, jest głęboki na kilka centymetrów i wygląda na gładkim kamieniu tak, jak gdyby ktoś wdepnął w plastelinę. W pobliżu głazu są bardzo dziwne wały, prawdopodobnie pozostałość po dawnych budowlach. Kolejny kamień znajduje się w Puszczy Białowieskiej w odległości 6 km od Białowieży i jest usytuowany w centrum kamiennego kręgu, tajemniczej budowli zwanej „miejscem mocy”. Przebywanie w obrębie kręgu powoduje poprawę zdrowia. Ustępują drobne dolegliwości, bóle głowy i stresy. Przychodzi tu wiele osób, aby wzmocnić swoje siły witalne, „naładować się” energią i poprawić w ten sposób swoją kondycję zdrowotną.
Skąd się wzięły?
Kamienie te nie są usytuowane w sposób przypadkowy. Znajdują się w pewnych specyficznych miejscach. Radiesteci twierdzą, że cała nasza planeta jest pokryta siatką linii energetycznych. Diabelskie kamienie znajdują się zawsze w punktach przecięcia tych linii. Jeśli ktoś potrafi wykreślić taką siatkę, może znajdować kamienie na mapie przy pomocy metod radiestezyjnych. Można z taką mapą wędrować w terenie i odkrywać kamienie, które wcześniej nie były znane. W ten sposób odkryto kamienie w Miłoszycach, Sromowcach Wyżnnych czy Jeleninie koło Żagania. W tym ostatnim przypadku, gdyby nie pewność poszukiwaczy, że dokładnie w tym miejscu musi być diabelski kamień, nigdy nie udałoby się go odnaleźć, gdyż był całkowicie zakopany w ziemi. Został odnaleziony dzięki jednemu z badaczy, który odkopał go saperką wożoną w bagażniku samochodu. Zdarza się, że w miejscach przecięcia linii energetycznych nie ma takiego kamienia. Wtedy okazuje się, że głaz tam był, tylko go usunięto i wykorzystania na budulec. Zwykle fakt ten jest odnotowany w archiwach pobliskich miejscowości. To nieprzypadkowe usytuowanie diabelskich kamieni nasuwa wniosek, że ktoś kiedyś umieścił je w jakimś konkretnym celu. Geolodzy twierdzą, że przywlókł je lodowiec skandynawski 13 tysięcy lat temu. Archeolodzy uważają, że zostały ustawione przez plemię Gotów 2 tysiące lat temu. Podania ludowe mówią natomiast, że kamienie te znalazły się tam nagle (spadły z nie-ba) w XII-XVI wieku.
Jak więc jest naprawdę? Hipotezę geologów i archeologów bardzo łatwo jest obalić. Lodowiec przeszedł tyl-ko przez Europę, a „diabelskie" kamienie znajdowane są w Ameryce, Australii, Japonii oraz Afryce. Goci zaś byli małym plemieniem, którego śladów próżno by szukać na innych kontynentach. Zatem kto je rozmieścił?
Czyżby zrzucili je kosmici?
Ludzie zajmujący się problematyką UFO wysunęli hipotezę, że są to punkty nawigacyjne kosmitów i że cały nasz glob jest pokryty precyzyjnie rozlokowaną „pajęczą siecią" tych kamieni. Twierdzą, że we wnętrzu tych specjalnie spreparowanych kamieni o wyglądzie typowych głazów narzutowych zatopiono urządzenia sygnalizacyjne. Aby uniemożliwić ludziom rozbicie lub przemieszczenie tych głazów, umieszczono na ich powierzchni wyraźnie odciśnięty znak - najczęściej ręki lub ludzkiej stopy. Właśnie z powodu tego odcisku kamienie nazywano „diabelskimi" lub „święty-mi". Związane są z nimi bardzo ciekawe legendy, w których często pojawia się motyw diabła. Zazwyczaj czart chciał zburzyć tym kamie-niem budowany właśnie kościół lub klasztor. Leciał z głazem w kierunku budowy, lecz zapiał kur i diabeł upuścił kamień na ziemię pozostawiając na nim swój ślad. Dla ludzi żyjących przed wiekami kamień, który spadł z nieba mógł zrzucić tylko diabeł lub anioł. Z kamieni tych emanowała jakaś dziwna moc, której się bano. Trzymano się więc od nich z daleka, opowiadając różne dziwne historie, które przetrwa-ły do naszych czasów. Nie zawsze z kamieniami kojarzy się motyw diabła. Na niektórych głazach odci-śnięte są ślady świętych, aniołów, Matki Bożej, a nawet Chrystusa - wtedy nazywa się je „świętymi".
Wokół miejsc, w których są rozlokowane, widywane są dziwne kule świetlne, błyski i światła. Nie-którzy widują tam UFO. Dłuższe przebywanie wokół takiego kamie-nia ma wpływ na samopoczucie. Przy jednych człowiek staje się ospały i może bolec go głowa, przy innych jest odprężony i wyciszony.
Badania radiestezyjne wykazują, że głazy te emitują dziwne impulsy energii nietypowe dla zwykłego kamienia. Częstotliwość tych impulsów jest różna dla każdego. Głazy zasilane są jakąś energią. Od-kryto pasma energetyczne o kolorze złotym i platynowym, które zasilają te kamienie. Podobno można też określić radiestezyjnie, w którym miejscu kamienia zatopione jest „urządzenie sygnalizacyjne.
Zasięg ich promieniowania ma wynosić około 100 km. W pobliżu „diabelskich" prześwietlane są błony fotograficzne, głazów zakłócany jest odbiór fal radiowych, rozmagnesowywane są taśmy video, wysiadają baterie w kamerach i telefonach komórkowych.
O tym, że kamienie posiadają jakieś dziwne wewnętrzne napięcia i są spolaryzowane najlepiej wiedzą kamieniarze. Wystarczy zobaczyć jak doświadczony kamieniarz bierze do ręki młotek i jednym, wcale nie silnym uderzeniem rozbija kamień, podczas gdy ktoś nie znający się na rzeczy może tłuc w głaz ile wlezie, bez rezultatu.
Jak dotąd nie były przeprowadzane żadne poważne badania naukowe „diabelskich kamieni”, nikt ich nie prześwietlał i nie rozłupywał, aby sprawdzić, co jest w środku. A szkoda, gdyż kamienie te mogą zostać zniszczone i wówczas zginie ważny materiał badawczy. Byłaby to wieka strata, bo może się okazać, że diabelskie kamienie są najważniejszym dowodem dla tych, którzy szukają potwierdzenia, że nie jesteśmy sami w kosmosie. |
|
Komentarzy:
1
|
|
EVP: Głosy zza grobu
2008-03-19
|
Zjawisko EVP znane jest już od dosyć dawna, ale wciąż fascynuje. Wielu badaczy tajemniczych głosów z zaświatów zastanawia się, dlaczego zjawisko, mimo licznych dowodów, wciąż pozostaje ignorowane. Czy możliwe jest, że za pomocą prostych urządzeń możemy skontaktować się z drugą stroną? Czy sceptycy mają podstawę, aby negować istnienie i wartość EVP? Do jakich wniosków doszli naukowcy, którzy od bytów dowiedzieli się, jak wygląda życie po życiu?
prof. Ernst Senkowski - Kliknij na obrazek, aby posłuchać wywiadu z prof. Senkowskim (po angielsku)Profesor Ernst Senkowski siedzi nad masą kabli i starych odbiorników radiowych w swym laboratorium. Postronnemu obserwatorowi ta plątanina nie powie nic, ale według profesora jest to maszyna służąca do… komunikacji ze zmarłymi.
Profesor wkrótce zaczyna opowieść o tym, jak otrzymał pierwszą ze swych wiadomości zza światów.
- Głos, który się pojawił powiedział jasno i wyraźnie: „Jesteśmy martwi. Wciąż jesteśmy w stanie myśleć i mówić”. Byłem lekko wstrząśnięty – mówi z uśmiechem.
Był to pierwszy „przekaz zza grobu”, który otrzymał Senkowski. Wkrótce potem kolejną wiadomość otrzymał od swego ojca, który zmarł wiele lat wcześniej. Brzmiał on: „Ernst, mój skrzacie.”
- Mówił z lekkim pruskim akcentem – wspomina to zdarzenie uczony. Tylko mój ojciec mówił do mnie w ten sposób. Nie wierzyłem w to. Jestem fizykiem. Ale wszystkie dowody, które widziałem potwierdzają to, że zmarli starają się z nami skontaktować.
Ernst Senkowski, profesor – emeryt z Uniwersytetu Technicznego w Bingen w Niemczech jest jednym z rosnącej grupy badaczy zajmujących się wiadomościami, które pochodzą rzekomo od osób zmarłych. Często ta forma komunikacji przejawia się przez tajemnicze głosy pojawiające się za pośrednictwem odbiorników radiowych i magnetofonów. Okazjonalnie pojawiają się też przekazy za pośrednictwem telewizora.
Badacze nazywają to zjawisko znane jako EVP (Electronic Voice Phenomena). Często wiadomości przekazywane „z drugiej strony” są jasne i wyraźne, często również odpowiadają na zadawane im pytania, a nawet mówią o przyszłych zdarzeniach.
Najbardziej intryguje jednak fakt, iż „głosy” często odnoszą się do życia po życiu, które przepełnione jest radością, gdzie nie ma cierpienia i samotności. Okazjonalnie opisują one także inny wymiar egzystencji (który nazwać można „piekłem”), pełen niespokojnych dusz czekających na kolejną inkarnację, aby po raz kolejny zmierzyć się z naukami, które niesie istnienie w fizycznym ciele.
Osoby badające EVP nie są jednak ludźmi, których łatwo wyprowadzić w pole. Co zaskakujące, zjawiskiem tym zajmują się uznani naukowcy z ponad 20 krajów świata. Niedawno brytyjscy naukowcy uzyskali dowód, który wedle ich ocen jasno wskazuje, że rejestrowane głosy rzeczywiście pochodzą od zmarłych.
Czy czeka nas zatem przełom w komunikacji ze zmarłymi? Prof. David Fontana, psycholog z Uniwersytetu Cardiff uważa, że to możliwe. Mówi on, iż dowód na głosy duchów pochodzące „z tamtej strony” są bardzo „przekonywujące”.
- Nie jest to wynikiem oszustwa czy produktem fal radiowych, które przechwytuje sprzęt – mówi Fontana. Pozostają zatem dwie możliwości. Pierwsza to efekt psychokinetyczny, poprzez który ludzki mózg w pewien sposób wpływa na nośnik lub odbiornik radiowy. Druga możliwość jest taka, że przekaz pochodzi od osób nieżyjących. Zdaje się jednak, że EVP najprawdopodobniej ma źródło „po drugiej stronie” życia.
Zjawisko EVP zostało po raz pierwszy zarejestrowane już w krótki czas po wynalezieniu odbiornika radiowego. Pionierzy na tym polu częstokroć spotykali się z tajemniczymi głosami. Co intrygujące, głosy dało się słyszeć jedynie na nagraniach, w tle których słychać było często tajemnicze szepty.
Z rozwojem technologii i eliminowaniem interferencji, głosy nadal pojawiały się i znikały w ciągu kilku sekund. Głowiący się nad pochodzeniem zjawiska inżynierowie dźwięku, nie potrafili ich wyeliminować. Zwykle jednak pojawiające się głosy zrzucane były na barki interferencji.
Wszystko jednak zmieniło się w latach 50-tych ub. wieku, kiedy zjawiskiem zaczął interesować się Kościół.
Może to się wydać dość dziwne, jednak Watykan zatrudnił licznych naukowców, aby upewnić się, czy Kościół jest na bieżąco z nowinkami technicznymi. Wielu z nich było oddanymi i utalentowanymi badaczami.
W 1952 r. dwoje z nich natknęło się na „przekaz od duchów” w czasie nagrywania chorału gregoriańskiego. Kiedy odtworzyli nagranie, ojcowie Gemelli i Ernetti usłyszeli w tle szept, który z żadnych powodów nie powinien tam się pojawić. Zdumiony Gemelli po chwili uświadomił sobie, że głos ten należy do jego ojca.
Duchowni nagrali chorał po raz kolejny i znów w tle pojawił się nieznany głos, który wypowiedział następujące słowa: „Ale Zucchini, to jest jasne, czy nie wiesz, że to ja?”
Po raz kolejny okazało się, że to głos rodzica Gemelliego, ale co w dodatku ważne, użył on pseudonimu „Zucchini” – którego używali tylko jego rodzice. Słowa te przekonały Gemelliego, że rozmawiał z ojcem. Swe odkrycie zaprezentował on wkrótce Piusowi XII. Choć obaj duchowni zrobili to z pewną obawą, spodziewając się nagany za komunikację z duchami, papież entuzjastycznie przyjął ich odkrycie.
- Eksperyment ten być może stanie się kamieniem węgielnym dla nowej nauki, która wzmocni wiarę ludzi w życie po śmierci – zapewnił Pius XII.
Konstantin RaudiveAle naukowe badania nad EVP przybrały jeszcze dziwniejszy obrót w 1971 roku, kiedy inżynierowie dźwięku z Pye Records zdecydowali się zbadać zjawisko. Do pomocy zatrudnili Konstantina Raudive, eksperta od EVP.
Raudivego posadzono w studio i poproszono, aby mówił do mikrofonu. Zarówno studio, jak i mikrofon były odizolowane od fal radiowych i pól magnetycznych, aby wyeliminować źródło interferencji czy błędu. Inżynierowie nagrywali głos Raudivego przez 18 minut. Wszyscy członkowie eksperymentu nie słyszeli w tym czasie innych głosów. Kiedy jednak odtworzono taśmę, pojawiło się na niej ponad 200 różnych głosów.
Badanie Pye Records nie zdołało wywołać dużego zainteresowania wśród naukowców. Wielu z tych, którzy wierzyli w zjawisko odsunęło się w cień twierdząc, że EVP zostało oficjalnie naukowo potwierdzone. Sceptycy jak zwykle ignorowali zjawisko.
Badania nad EVP kontynuowały jednak na całym świecie różne grupy badawcze. Jeden z badaczy, George Meek, skontruował rzekomo nawet urządzenie o nazwie „spiricom”, które pozwalało na obustronną komunikację między żywymi i zmarłymi. Maszyna Meeka początkowo zaintrygowała wiele osób, jednak po zdumiewających początkach zaczęła w tajemniczy sposób dawać marne rezultaty.
Całym środowiskiem badaczy EVP wstrząsnął jednak przed kilku laty fakt, iż w Hiszpanii i Francji zaczęto odbierać komunikaty „duchowej radiostacji”. Kontaktująca się grupa przedstawiała się jako „Timestream”1 („Strumień czasu”). Na przekór sceptykom, komunikaty od „Timestream” zaczęły pojawiać się regularnie co tydzień. Niewątpliwie jest to jedno z najbardziej niezwykłych wydarzeń na tym polu, które nadal wspiera wielu badaczy.
Anabela Cardoso - portugalska dyplomatka i badaczka EVPDr Anabela Cardoso jako pierwsza otrzymała przekaz od Timestream. Nie uważa się jej za osobę niezrównoważoną, a wręcz przeciwnie. W Portugalii ceniona jest ona bowiem, jako dyplomatka, zajmując w przeszłości takie stanowiska jak Konsul Główny Portugalii w USA, charge d’affairs w Japonii, a także Konsul Generalny we Francji i Hiszpanii.
Wiele z wiadomości, które otrzymała dr Cardoso i czego świadkiem był prof. Fontana, pojawiło się dzięki zastosowaniu zaskakująco nieskomplikowanego wyposażenia. Cardoso używa 5 odbiorników radiowych, wszystkich nastawionych na różne częstotliwości i emitujących jedynie „biały szum”. Szum nagrywa się na zwyczajny magnetofon. Kiedy nagrania są odtwarzane, badacze doszukują się w nich głosu duchów. Jak twierdzą, jeśli przedstawią duchom pytanie, otrzymują odpowiedź.
Wielu ludzi sceptycznie odnosi się do twierdzeń o Timestream, mającym być „transmisją” zza grobu. Warto jednak przyjrzeć się też temu, co owe przekazy mówią o naturze życia i śmierci.
Według dr Cardoso „życie po śmierci jest uniwersalnym prawem”.
- Powiedziano mi, że każdy i wszystko przetrwa po śmierci – mówi Cardoso. Każda żywa istota, czy to roślina czy zwierzę, żyje dalej, kiedy umrze. Cierpienie jest również bardzo ważne w duchowym rozwoju – dodaje. Oni mówią, że powinniśmy być w życiu szczęśliwi i radośni, ale także zdawać sobie sprawę z tego, że kiedy przychodzi cierpienie, to tylko po to, aby pomagać nam w rozwoju duchowym. Prawdziwa duchowa świadomość składa się z akceptowania tego, co przynosi nam życie.
Przekazy wskazują, że życie po śmierci w pewien sposób przypomina to, z czym mamy do czynienia na Ziemi, za wyjątkiem tego, że jest znacznie „piękniejsze” i mniej ograniczone prawami fizyki. Duchy mogą poruszać się z mniejszym wysiłkiem i nieskończoną prędkością. Mogą być w dwóch miejscach na raz. Czas zdaje się tak odgrywać niewielkie, jeśli jakiekolwiek znaczenie.
Współpracujący ze sobą prof. Fontana i dr Cardoso twierdzą, że wyniki ich badań są prawdziwe.
- Obecnie istnieje ogromna ilość dowodów na wsparcie EVP – mówi Fontana. Wyniki prac dr Cardoso są mocne. Pracowałem z nią w czasie, gdy otrzymywała przekazy od „Timestream” w warunach, które wykluczały interferencję czy fałszerstwa. Jeśli zada się pytanie, otrzyma się odpowiedź. To bardzo przekonujące.
W dodatku głosy z „Timestream” analizowane były przez naukowców z Uniwersytetu Virgo w Hiszpanii oraz przez renomowane Il Laboratorio we Włoszech. Jeden z włoskich specjalistów pracujący także dla policji i sądu, używając technik analitycznych wykorzystywanych także przez FBI orzekł, że wszystkie z tych głosów nie należą do ludzi.
Jednak prof Chris French z londyńskiego Goldsmiths College jest wciąż sceptycznie nastawiony do twierdzeń badaczy EVP.
- Obecnie istnieje ogromna ilość dowodów na wsparcie EVP – mówi Fontana. Wyniki prac dr Cardoso są mocne. Pracowałem z nią w czasie, gdy otrzymywała przekazy od „Timestream” w warunach, które wykluczały interferencję czy fałszerstwa. Jeśli zada się pytanie, otrzyma się odpowiedź. To bardzo przekonujące.
W dodatku głosy z „Timestream” analizowane były przez naukowców z Uniwersytetu Virgo w Hiszpanii oraz przez renomowane Il Laboratorio we Włoszech. Jeden z włoskich specjalistów pracujący także dla policji i sądu, używając technik analitycznych wykorzystywanych także przez FBI orzekł, że wszystkie z tych głosów nie należą do ludzi.
Jednak prof Chris French z londyńskiego Goldsmiths College jest wciąż sceptycznie nastawiony do twierdzeń badaczy EVP.
Nagranie EVP z kolekcji G. Tarczyńskiego: "Spasiba" (ros. dziękuję)
- Nie mam wątpliwości, że niektóre z próbek EVP są rezultatem wychwytywania fal radiowych, a reszta to po prostu ludzka skłonność do nadawania niezrozumiałym dźwiękom znaczenia. Przypomina to te wydarzenia, kiedy ludzie dopatrują się twarzy Matki Boskiej na spieczonym toście. Innym przykładem jest to, że niektórzy słyszą „szatański” przekaz, kiedy odtwarzają od tyłu nagrania Led Zeppelin. Jasne jest, że nie ma tam żadnych słów, ale ludzie są przekonani, że je tam słyszą.
Badacze zajmujący się EVP są jednak przekonani, że mogą wyeliminować oszustwa, zakłócenia, a także „nadinterpretację” wyników. Wciąż starają się oni uzyskać od zmarłych więcej informacji na temat życia przyszłego.
- Jestem przekonany, że mamy do czynienia z czymś nadnaturalnym i powinienem kontynuować badania na tym polu – dodaje Fontana. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Malezja: Przeklęta szkoła
2008-03-19
|
200 uczniów szkoły Sekolah Menengah Sains Dungun znalazło się nagle pośrodku koszmaru rodem z horroru. 27 stycznia br. wielu z nich stało się świadkami najazdu duchów. Wedle ich relacji, były one wszędzie - w klasach, internacie i auli... Przerażeni rodzice zabierali dzieci do domów. Władze szkoły nie chcą komentować zdarzenia.
Tego dnia szkołę z internatem w Dungun, w której uczy się ok. 600 uczniów zamknięto z powodu... inwazji duchów.
Ale już następnego dnia, w poniedziałek 28 stycznia, horror powtórzył się. Panika wśród uczniów spowodowała, iż placówkę zamknięto na dalszych kilka dni. Rodzice uczniów, którzy mieszkają w okolicy postanowili zabrać swe pociechy do domów, jednak i tak znaczna część młodzieży musiała pozostać w internacie.
Władze szkoły, a także stanowy oddział Departamentu Szkolnictwa, nie chcą komentować sprawy, ale jeden z rodziców, Mazlan Ariffin oświadczył, iż jego córka również widziała krążącego po klasie upiora.
- Córka wciąż powtarzała mi, że ujrzała postać ubranej na biało kobiety , która unosiła się nad klasą. Po chwili zbliżyła się do mojej córki, a ta poczuła chłód. Zaczęła krzyczeć - mówi ojciec.
Jedna z uczennic o imieniu Wati mówi, iż zjawisko zaczęło sie tuż po cotygodniowym apelu w niedzielny poranek, kiedy kilkoro dziewcząt zaczęło krzyczeć z przerażenia.
- Potem zaczęła się panika wśród innych osób i trzeba było przenieść ich do pokojów. Zrobiło mi się niedobrze i zaczęła boleć mnie głowa. Prawdopodobnie zemdlałam. Nie pamiętam dużo z tego, co stało się potem.
Inny rodzic, który pragnie zachować anonimowość mówi, iż sytuacja w poniedziałek wymknęła się spod kontroli i po raz kolejny trzeba było odwołać zajęcia.
- Szkoła wezwała mnie i nakazała zabrać córkę. Początkowo nie chciała jej opuszczać i krzyczała na mnie bez powodu. Dopiero, gdy oddaliliśmy się kilka kilometrów od szkoły, poczuła się niespodziewanie znacznie lepiej.
Zajęcia nie odbyły się przez 4 kolejne dni. Władze starały się jednak przywrócić sytuację do normy. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Po tamtej stronie życia: Duch z Georgian Bay
2008-03-19
|
„Kiedy po paru miesiącach wywołał kliszę, z przerażeniem spostrzegł, że na jednym ze zdjęć widnieje wyraźna postać... dziewczynki, której ani on, ani inni ludzie obserwujący pożar, nie widzieli wśród płomieni"... Publikujemy kolejny reportaż zaprzyjaźnionej z nami Pani Agnieszki Krupak, dziennikarki z Toronto. Zachęcamy wszystkich do zapoznania się z historią nawiedzonego pensjonatu w Georgian Bay.
Paul Beach, szef miejscowej jednostki straży pożarnej stwierdził, że nie było takiej możliwości, aby strażacy nie dostrzegli dziecka, stojącego w drzwiach płonącego budynku.
Zdjęcie najpierw badane było przez fotografów z lokalnych gazet, ale potem wysłane do Stowarzyszenia Naukowego Badania Zjawisk Paranormalnych. Stamtąd trafiło do laboratorium dr Vernona Harrisona, byłego prezesa Królewskiego Stowarzyszenia Fotografów. Specjalistyczna analiza negatywu wykazała, że zdjęcie jest oryginalne, co oznacza, że nie dokonano na nim żadnych zmian, przeróbek czy mistyfikacji. Naukowcy zadali sobie kolejne pytanie: kim lub czym jest postać z płonącego ratusza?
Było piątkowe, upalne popołudnie, kiedy po ponad dwugodzinnym przedzieraniu się przez korki w Toronto dojechaliśmy do Muskoka. Niewielki motel wyglądał tak samo, jak na zdjęciu z folderu – otoczony drzewami i wybujałą czerwcową zielenią prezentował się bardzo przyjaźnie. Wszystkie pokoje na parterze były już zajęte, więc właścicielka pensjonatu, Barbara, zakwaterowała nas na górze. Rozgościliśmy się, a pod wieczór zeszliśmy na dół, by dołączyć do zadowolonego grona grillujących. Dostaliśmy niewielki barbecue, węgiel drzewny, sztućce, usadowiliśmy się nad samym brzegiem jeziora i rozpoczęliśmy przygodę z przywiezionymi przez nas żeberkami. Po jakimś czasie dosiadła się do nas jedna z kobiet, gości motelu i zapytała, czy znamy Basię od dawna i czy wiemy coś o jej poprzednim pensjonacie. I tak, od słowa do słowa okazało się, że życie Barbary nie zawsze było tak spokojne, jak obecnie. Pani Maria opowiedziała nam historię, która podobno znana jest w naszym polonijnym środowisku od kilku lat. My jednak usłyszeliśmy ją po raz pierwszy.
- Cztery lata temu pojechałam z mężem i synem na long weekend, trzy wolne dni z okazji Canada Day. O tym poprzednim pensjonacie Basi powiedzieli nam jacyś znajomi. Mówili, że tam dzieją się dziwne rzeczy... to znaczy, że straszy. Mój mąż się śmiał, bo nie wierzy w żadne zjawy i siły nadprzyrodzone. Jechaliśmy długo, bo ten motel jest w drodze na Georgian Bay. Byliśmy zmęczeni, więc poszliśmy spać wcześnie i usnęliśmy natychmiast. Ja i mąż spaliśmy w saloniku, a nasz syn w sypialni, bo to był taki pokój rodzinny. W środku nocy obudziły mnie kroki, otworzyłam oczy i zobaczyłam, że ktoś, pewnie mój mąż, wchodzi do łazienki. Czekałam, aż z niej wyjdzie, minęło może pięć minut, ale drzwi od łazienki się nie otwierały, nie słyszałam też żadnych odgłosów lecącej wody, zupełna cisza. Pomyślałam, że może zasłabł... Krzyknęłam więc do męża: wszystko w porządku? A on odpowiedział mi prosto do ucha: tak, ale co się stało? Czemu krzyczysz?
Wtedy myślałam, że stanie mi serce. Powiedziałam: przecież przed chwilą wchodziłeś do łazienki! A on, że śpi obok mnie cały czas i nigdzie nie wychodził. Pobiegłam do sypialni, ale nasz syn spał tam jak suseł. Muszę powiedzieć, że jestem raczej sceptyczką i trudno mnie przestraszyć, ale wtedy już nie usnęłam - leżałam z otwartymi oczami do rana i trzęsłam się jak galareta - mówi Maria.
Z samego rana kobieta opowiedziała o tej historii właścicielce pensjonatu. Wtedy dowiedziała się, że nie jest jedyną osobą, która w jej obiekcie była świadkiem niewytłumaczalnych zjawisk. Podobne historie przydarzały się już wcześniej, zarówno gościom, jak i samej szefowej. Była jednak pewna, że skoro przez ponad rok nic podobnego się nie wydarzyło, „coś", co pojawiało się przed laty w motelu, opuściło go bezpowrotnie. O tym, że tak się nie stało, przekonała się Maria w tamten Dzień Kanady.
Barbara na początku nie chciała rozmawiać o motelu i zgodziła się dopiero po długich prośbach z naszej strony. Motel kupiła po okazyjnej cenie.
- Wkrótce dowiedziałam się, dlaczego - mówi z sarkazmem.
To była wspólna inwestycja - ona i Grażyna, jej przyjaciółka, zapłaciły po połowie. Mąż Basi ma firmę w Toronto i doszedł do wniosku, że codzienne dojazdy są stratą czasu. Przyjeżdżał więc do domu tylko na weekendy. Obie kobiety dopełniły wszystkich formalności prawnych i zaczęły urządzać biuro i mieszkanie służbowe na piętrze. Jednak Grażyna musiała jeszcze parę dni zostać w domu, w Mississaudze. Basia przeprowadziła się więc sama, do dwupiętrowego hoteliku, w samym środku lasu.
- Nie miałyśmy jeszcze łóżek, na podłodze leżał mój stary materac, który przywiozłam z domu. Zasypiałam już, kiedy usłyszałam kroki. Wyraźne, głośne, ktoś chodził po pokoju, w którym właśnie byłam. Pierwsza myśl - włamywacz! Ale jak się dostał, skoro zamknęłam wszystkie okna i drzwi? Bo był kwiecień i zimno jeszcze jak diabli - mówi Basia i słychać w jej głosie zdenerwowanie, mimo, że tę historię opowiadała już chyba ze sto razy.
Kolejną myślą Basi było to, że ktoś miał dorobiony klucz, a poprzedni właściciel obiektu zapomniał jej o tym powiedzieć. Może jakiś dozorca? Zapaliła nocną lampkę, ale w pokoju nie było nikogo. Przeraziła się jeszcze bardziej. W apteczce znalazła jakieś ziołowe środki na uspokojenie, zażyła dwa, położyła się i próbowała zasnąć. Nagle poczuła na sobie ogromny ciężar. Ktoś kładł się na niej tak, jakby nie wiedział, że to ona leży na materacu. Została przygnieciona przez człowieka, którego nie była w stanie zobaczyć. O mało nie zemdlała z przerażenia. Zaczęła krzyczeć resztką sił, bo była wciąż przyduszona przez niewidzialny ciężar. Wtedy, jakby w reakcji na jej krzyk, ta osoba podniosła się i odeszła. Kroki milkły. Jednak Basia nie usnęła już do rana, czuwała całą noc z nożem w ręku.
- Rano przyjechała Grażyna, przywiozła jakieś meble. Zapytała, czemu wyglądam jakbym była chora. Opowiedziałam jej o tym, co się wydarzyło w nocy, a ona... o mało nie pękła ze śmiechu. Spytała, czy nie wypiłam za dużo jakiś trunków i znów się śmiała. Byłam na nią zła, więc już nie wracałam do tego tematu, nie chciałam konfliktu - opowiada Barbara.
Tego dnia to Basia opuściła wieś i wróciła do Toronto. Noc spędziła w domu, a świtem zapakowała to, po co przyjechała i wróciła do hotelu.
- Jak tylko weszłam na górę, wiedziałam, co się stało. Dochodziła dziesiąta, ale Grażyna nadal leżała w tym naszym prowizorycznym łóżku. Lampka wciąż się paliła, a na szafce nocnej leżał wielki nóż. Była biała jak ściana. Jak się okazało, też miała nocnego gościa – opowiada Barbara.
Grażyna zrezygnowała z prowadzenia motelu kilka dni później. To, co się wtedy wydarzyło, i co spowodowało tę decyzję, o mało nie doprowadziło kobiety do histerii. Była na górze, w części służbowej, a Basia zapowiedziała, że idzie z technikami sprawdzać klimatyzację w pokojach i po chwili zniknęła. Wróciła po pół godzinie, żeby sprawdzić coś na komputerze, w biurze obok.
- Przecież przez ostatnie 30 minut siedziałaś w Internecie - powiedziała wtedy Grażyna, a Basia się zdziwiła: no skąd, byłam z facetami od klimatyzacji w części dla gości! Wtedy Grażyna zapytała: to kto walił w klawiaturę przez ten czas?
Przeszukały biuro, w którym stał komputer. Był włączony, mimo że żadna z nich nie korzystała z niego tego dnia. Wygaszacz monitora też był wyłączony, co oznacza, że ktoś ruszał myszką w ciągu ostatniego kwadrans. Technicy wezwani do sprawdzenia stanu klimatyzacji przysięgali, że właścicielka była z nimi cały czas, kiedy robili obchód pokoi gościnnych. Z tej całej historii wynikało, że w tamtym czasie w służbowym mieszkaniu na górze była tylko Grażyna. Ale czy na pewno tylko ona?
Kiedy Grażyna się wyprowadziła, Basia została w motelu całkiem sama. Rozpoczęła prywatne śledztwo, odwiedzała sąsiadów, próbując ustalić, czy wiedzą cokolwiek na temat przeszłości budynku. To, czego się dowiedziała, było dla niej szokiem.
- W tym budynku wybuchł przed laty pożar. Żywcem spalił się tam człowiek, prawdopodobnie był to ogrodnik lub dozorca. Krótki czas potem zaczęły się tam dziać dziwne rzeczy - poprzedni właściciel słyszał kroki, a jego goście byli świadkami „nocnych odwiedzin". Obawiam się, że przejęłam po nim tego osobliwego lokatora - mówi Barbara.
Zbyszek Kaczorowski, terapeuta, NLS (New Stylelife) trainer: Jeśli człowiek zginął w pożarze, to oznacza, że zmarł śmiercią nagłą, gwałtowną. Przeżył wiele lęku i strachu i odchodząc, pozostawił po sobie siłę tego strachu, czyli bardzo silne pole magnetyczne. Można to wytłumaczyć w dwojaki sposób - z punktu widzenia człowieka religijnego zmarło ciało, a dusza pozostała „przykuta" tymi emocjami i lękiem do domu, w którym stała się tragedia. Natomiast z punktu widzenia osób niewierzących wygląda to tak, że człowiek ten przed śmiercią emanował tak silną emocją, że ta siła pozostała w murach budynku. Są ludzie, którzy nie wierzą w to, że po człowieku zawsze coś zostaje. Z mojej długoletniej praktyki i z mojego doświadczenia wiem, że zostaje. Nie istnieje jego fizyczność, ale człowiek jest wielowymiarowy. I ta istota ludzka - mówię „istota", bo człowiek, który opuścił ciało jest już istotą, albo nie pogodziła się z tym, co się stało, czyli ze śmiercią, albo czuje ogromny żal lub złość... Mogły ją tam trzymać nie załatwione sprawy, nie potrafiła odnaleźć się po tamtej stronie. Są też takie sytuacje, że człowiek umiera i nie zdaje sobie sprawy z tego, że umarł. Dalej ma pragnienia i uczucia. Są wśród nas ludzie, którzy doświadczają takich sytuacji - potrafią wyczuć formę energetyczną, jaką jest człowiek również po śmierci. Bo to, że jest nią, jest już naukowo udowodnione. Emitujemy ciepło, czyli energię, można ją zmierzyć, można zobaczyć jej kolory, które zmieniają się w zależności od naszego stanu fizycznego i emocjonalnego. To jest nauka.
Latem Basia nie zgodziła się na reportaż o wydarzeniach, które miały miejsce w jej dawnym pensjonacie. Mówiła, że ma obawy, czy nie spotka się z ironią lub kpiną. Ludzie bardzo różnie podchodzą do spraw, których nie są w stanie zrozumieć. Uszanowałam więc jej decyzję i nie wracałyśmy do tego tematu. Jednak jej opowieści nie dawały mi spokoju. Całymi godzinami surfowałam po Internecie w poszukiwaniu relacji lub świadków podobnych zdarzeń. Jest ich rzeczywiście sporo, niektóre są z pewnością żartem, ale część z nich powoduje, że po plecach przechodzą ciarki... Tak było ze słynnym pożarem w Wielkiej Brytanii. 19 listopada 1995 roku spłonął doszczętnie budynek ratusza w angielskim miasteczku Wem. Jeden z mieszkańców miasta, Tony O'Rahilly, zrobił podczas zdarzenia zdjęcia za pomocą obiektywu 200 mm, a potem o kliszy zapomniał. Kiedy jednak, po paru miesiącach wywołał film, z przerażeniem spostrzegł, że na jednym ze zdjęć widnieje wyraźna postać... dziewczynki, której ani on, ani inni mieszkańcy Web obserwujący pożar, nie widzieli wśród płomieni. Paul Beach, szef miejscowej jednostki straży pożarnej stwierdził, że nie było takiej możliwości, aby strażacy nie dostrzegli dziecka stojącego w drzwiach płonącego budynku.
Zdjęcie najpierw badane było przez fotografów z lokalnych gazet, ale potem wysłane do Stowarzyszenia Naukowego Badania Zjawisk Paranormalnych (Association for the Scientific Study of Anomalous Phenomena). Stamtąd tajemnicze zdjęcie trafiło do laboratorium dr Vernona Harrisona, byłego prezesa Królewskiego Stowarzyszenia Fotografów (Royal Photographic Society). Specjalistyczna analiza negatywu wykazała, że zdjęcie jest oryginalne, co oznacza, że niedokonano na nim żadnych zmian, przeróbek czy mistyfikacji. Ostateczne zdanie specjalisty brzmiało następująco: „The negative is a straightforward piece of black-&-white work and shows no sign of having been tampered with". Naukowcy zadali sobie kolejne pytanie: kim lub czym jest postać z płonącego ratusza?
 Zdjęcie ducha dziewczynki z angielskiego Wem wykonane w 1995 roku.
Z aczęto wnikliwie badać historię starego budynku, a efekty tych badań okazały się porażające. W 1677 roku w miejscu starego ratusza stał dom, który również spłonął. Pożar spowodowała mieszkająca w nim dziewczynka, Jane Chum. Jane bawiła się zapaloną świeczką. Źródła historyczne mówią, że spłonęła wraz z domem.
Za sprawą niecodziennej fotografii o historii tego pożaru było głośno w mediach, zareagowali na nią również sceptycy, a wśród nich sam... dr Harrison. Oprócz autentyczności zdjęcia stwierdził, że nie jest w stanie wytłumaczyć zjawy inaczej, jak tylko iluzją światła, ciepła i dymu, które ułożyły się w ten makabryczny obrazek akurat w momencie, kiedy Tony O'Rahilly robił zdjęcie. Jednak obraz wyraźnie pokazuje, że oprócz dymu i tańca płomieni jest na nim uwidoczniona ludzka postać - z wyraźnie zarysowaną sylwetką, głową, twarzą i włosami. Ale najbardziej zastanawiające jest to, że postać na zdjęciu wygląda dokładnie tak, jak opisywana przez historyków mała Jane Chum. (źródło: BBC UK)
Zbyszek Kaczorowski, terapeuta, NLS (New Stylelife) trainer: To zdjęcie może potwierdzać wiedzę, że po człowieku pozostaje silna energia. Wytworzone pole magnetyczne może pozostawać w jakimś miejscu przez bardzo długi czas. Rosyjski naukowiec, Siemion Kirlian opracował metodę sprawdzania siły pola elektromagnetycznego człowieka. Za pomocą specjalnego aparatu robi się zdjęcie części ciała, podobnie jak w zdjęciu rentgenowskim. Na zdjęciu kirlianowskim widoczna jest biała obwódka, a jej grubość świadczy o zdrowiu i sile witalnej pacjenta. Jest też pewna ciekawostka: jeśli ktoś np. nie ma jednego palca, obwódka też będzie na tym „palcu", którego brakuje. Jest to tzw. matryca, czyli zapis struktury całego człowieka. Jeśli ktoś nie ma nogi, na zdjęciu kirlianowskim pokaże się noga. Podobnie jest z drzewami. Jak odetniemy mu gałąź, a potem zrobimy zdjęcie, zobaczymy na nim...właśnie tę gałąź. Bo ta matryca jest zachowywana.
Dwa tygodnie przed świętami zadzwoniła Basia z zaproszeniem do Muskoka, na symboliczną wigilię. Pojechaliśmy tam w zeszły weekend, jezioro było już zamarznięte, a hałdy śniegu tarasowały drogi dojazdowe. Czysta, biała, dzika natura. Na obiedzie w motelu poznaliśmy rodzinę i znajomych Basi. Chcąc nie chcąc, rozmowa zeszła na sprawy jej poprzedniego ośrodka. I wtedy poznałam dalszą historię zjawisk, których do dziś nie da wytłumaczyć.
Jednym z gości w motelu była Małgorzata, lekarka, którą, jak twierdzi, wykonywany zawód zmusza do racjonalizmu i naukowego podejścia do zjawisk fizycznych. I tylko raz Małgorzata zwątpiła w swój racjonalizm - w nocy, w pensjonacie nad Georgian Bay.
- Brałam prysznic, drzwi od łazienki były zamknięte. Nagle poczułam zimny, lodowaty wręcz powiew wiatru, zrobiło mi się potwornie zimno. Pomyślałam, że może ktoś otworzył drzwi do łazienki, a wcześniej wejściowe, i okna też, dlatego zrobił się taki przeciąg. Krzyknęłam więc, żeby zamknąć drzwi do łazienki, bo marznę. Cisza, nikt nie zareagował. Wychyliłam więc głowę z kabiny prysznicowej i zobaczyłam, że drzwi były... zamknięte. W łazience oprócz mnie nie było nikogo. Tylko zasłona wciąż falowała jak żagiel na wietrze...
Okazało się, że w sprawę „ducha z Georgian Bay" została zamieszana również miejscowa policja. Funkcjonariusze wezwani zostali przez kanadyjską rodzinę, która u Basi spędzała zimowe wakacje. Jak twierdzą Kanadyjczycy, byli świadkami albo samobójstwa, albo morderstwa. Nie jest to do końca pewne, bo śledczy do tej pory... nie znaleźli ciała.
- Był późny wieczór, śnieg po pas, ci ludzie wrócili do motelu. Było to małżeństwo z dwójką całkiem już dużych dzieci - opowiada Basia. Z okna mieszkania widziałam, jak podjechali pod budynek i zaczęli ściągać z bagażnika biegówki. I wtedy ta kobieta zaczęła do mnie krzyczeć, że ktoś spadł albo został zepchnięty z dachu, i żebym szybko dzwoniła na policję. Na początku nie wiedziałam, o co jej chodzi, ale wszyscy wyglądali na przestraszonych, machali do mnie rękoma i krzyczeli, że człowiek spadł z dachu. Dopiero po paru sekundach dotarło do mnie, że oni mówią o moim dachu... Po chwili zobaczyłam, że ta kobieta już gdzieś dzwoni. Zanim się ubrałam i zeszłam na dół już była policja. Zarówno małżeństwo, jak i ich dzieci mówili jedno przez drugie, że widzieli, jak człowiek zleciał na dół, i nie wstał, więc pewnie leży w śniegu.... Zapaliłam wszystkie światła, a oni mieli latarki... i co? I nic! Nie tylko nie znaleźli ciała, ale nawet żadnych śladów, że ktoś tam był i odszedł. Żadnych śladów stóp, biały gładki śnieg. Spisali zeznania i odjechali, ale tamta rodzina była tak przestraszona, że już nie chcieli zostać dłużej, mimo że mieli pobyt zapłacony do końca ferii. Poprosili, żebym ich spakowała i zniosła walizki na dół, bo jak stwierdzili, boją się wejść do środka. A policja sprawę zamknęła, bo nie było ani dowodów wypadku, ani ofiary.
Zbyszek Kaczorowski, terapeuta, NSL (New Stylelife) trainer: W takim wypadku dobrze jest znaleźć egzorcystę. To osoba, która ma właściwości, pozwalające na komunikację w innymi formami bytu. Najważniejsze jest, żeby taka „operacja" została przeprowadzona fachowo. Żeby nie skrzywdzić bardziej tej „duszy", która i tak cierpi. Żeby nie odesłać jej do przysłowiowego diabła, czyli nie wyrzucić tylko poza obręb budynku, a dalej niech się dzieje co chce. To, co trzeba zrobić to doprowadzić do światła, czymkolwiek lub kimkolwiek by ono niebyło.
Wielu ludzi ma predyspozycje, z których nie zdaje sobie sprawy, tak jak każdy ma mięśnie, ale jedna osoba niewypracowane, a inna widoczne, ukształtowane treningami. Są ludzie, którzy potrafią mentalnie przenieść się w tzw. inny wymiar. To się nazywa astral - miejsce, gdzie istota ludzka, czyli energia, a dla wierzących dusza - przebywa po śmierci przez jakiś określony czas. Wtedy można nawiązać komunikację.
Przytoczę historię stąd, z Kanady. Zmarł starszy, bogaty człowiek i zostawił tu rodzinę. Jednak po jego śmierci nie znaleziono żadnych pieniędzy. Rodzina podejrzewała, że leżą na kontach bankowych, jednak nie mieli pojęcia gdzie. Jeden z członków tej rodziny usłyszał o kobiecie, która mieszka w Polsce i jest znana z tego, że nawiązuje kontakty z osobami w astralu. Cała rodzina się z niego śmiała, ale on wysłał jej zdjęcie zmarłego, bo taki jest warunek - a ona nawiązała z nim kontakt! Zmarły powiedział jej, że nie ujawni miejsca zdeponowania pieniędzy, bo jego krewni na to nie zasługują. Po negocjacjach prowadzonych między nim a medium, zgodził się oddać część oszczędności rodzinie. Okazało się, że są zdeponowane na kontach, które zabezpieczone są hasłami. Ta kobieta podała im adres banku, numery kont i hasła. Otrzymali ze spadku od nieżyjącego krewnego kilka milionów dolarów!
Basia przyznała się, że po tamtych wydarzeniach dużo czytała na temat energii i zjawisk paranormalnych. Długo namawiana wyraziła zgodę na opisanie jej „przygód" z istotą z tamtej strony życia. Wcześniej zaprosiła do swojego motelu bioenergoterapeutkę, prowadzącą w Toronto prywatny gabinet bioenergoterapeutyczny. Marta przyznała się w rozmowie ze mną, że w domu w Georgian Bay był „ktoś jeszcze".
- Widzę ich. To znaczy tylko przez moment... tak jak migawka na filmie. Przemykają gdzieś bokiem. Nigdy wtedy, gdy jest gwar, muzyka, wiele osób. Ale ostatnio siedzieliśmy w wąskim gronie, przy kawie, i ktoś przyszedł... Czuję, kiedy jest, czuję energię, widzę kontem oka taki... cień, jak się porusza. Na początku się bałam. W zasadzie byłam przerażona każdą taką „wizytą". Ale był ktoś, kto nauczył mnie z tym żyć i teraz „oni" mi nie przeszkadzają. Ten, który mieszkał u Basi niemiał żadnych złych zamiarów. Nie czułam negatywnej energii. Widziałam go, to był mężczyzna. On się po prostu kręcił po pokoju tak, jakby tam mieszkał. Tak jak człowiek, który jest u siebie. Być może on po prostu był we własnym domu, a to my byliśmy intruzami? |
|
Komentarzy:
0
|
|
Ukraina: Ognisty Poltergeist z Kijowa
2008-03-19
|
W jednym z mieszkań w stolicy Ukrainy w ciągu jednego dnia doszło do ponad 50 przypadków samoistnego zapalenia się przedmiotów, w tym ubrań syna właścicielki mieszkania, 15-letniego Saszy. Ale to nie koniec dziwnych zjawisk, które nękają Marinę i jej syna, demolując ich mieszkanie. Jakie jest źródło tego tajemniczego fenomenu? Czy możliwe, że za wszystkie te zdarzenia odpowiedzialny jest… sam Sasza.
W pewnym mieszkaniu w Kijowie w ciągu jednego dnia doszło do ponad 50 przypadków tajemniczego samozapłonu znajdującego się tam wyposażenia, mebli i ubrań 15-letniego chłopca. Zjawisko to wymyka się wszelkim wyjaśnieniom, choć wedle opinii eksperta, to właśnie 15-latek może być za nie odpowiedzialny.
- Czy czujecie swąd spalenizny – pyta w progu 38-letnia Marina Fisenko. Uważaliśmy że koszmar się w końcu skończył, ale znowu przed chwilą coś uległo zapaleniu. Rzeczy stają w płomieniach same, możemy tylko pobiec po szmaty stłumić ogień. Na początku zaczęły spadać w kuchni łyżki i widelce. Ale pojawił się także niemożliwy do opanowania ogień. Był już pop, pobłogosławił mieszkanie, ale zanim dotarł na podwórko, zapaliła się kartka papieru z numerami telefonów przyczepiona do lodówki.
Marina dzieli mieszkanie ze swym 15-letnim synem, Saszą. Oboje nie zgodzili się na opublikowanie ich prawdziwych danych osobowych.
„Na naszych oczach talerz zaczął powoli przesuwać się na krawędź parapetu”
W dwupokojowym mieszkaniu Mariny dzieją się dziwne rzeczy. Sasza pokazuje nadpalony plakat popularnego filmu, na którym zamiast tytułu „Kadectwo” pozostały tylko litery „dectwo”. Młody człowiek jest nie mniej przerażony niż jego matka.
- W piątek, 22 lutego, wychodząc na lekcje angielskiego, zapomniałem wyłączyć odtwarzacza – mówi 15-letni Sasza. Kiedy wróciłem do domu wciąż był włączony, ale zdumiał mnie fakt, że wciąż słychać było ostatni wers piosenki pewnej satanistycznej grupy. Na sofie zobaczyłem przerażonego kota którego pyszczek był cały we krwi. Okazało się że ma wybity ząb. Starałem się wziąć go na ręce, ale podrapał mnie. […] Kilka tygodni później oglądałem występ tej grupy w telewizji. Zapamiętałem słowa konferansjera: jeśli słucha się tego przez długi czas, może dojść do dziwnych rzeczy.
- Czy to ty sam wykonałeś te czarne napisy na ścianach swego pokoju? Co one oznaczają?
- Nie ma w nich nie przerażającego – mówi Sasza. Ostatnio w technikum, w którym się uczę przedstawiono mnie osobom, które przystąpiły do subkultury „Protiw Emo” („Przeciw Emo”). Przez jakiś czas bawiło to mnie, ale potem zaczęło męczyć. Napisy stworzyłem dopiero po zerwaniu tapety. Przygotowujemy się do remontu, to dlatego. Napisałem tam nazwę jednego z moich ulubionych zespołów, Rammstein, oraz ich znak. Były tam jeszcze inne słowa, ale je zmazałem. Nie sądzę, aby to one były powodem samozapłonów w mieszkaniu. Może to z powodu muzyki jakiej słucham.
Jego matka mówi, że wolałaby, aby jej syn nie słuchał tego typu muzyki.
- Usłyszeliśmy hałasy dochodzące z pokoju syna. Po podłodze poruszała się klatka z chomikiem. Myśleliśmy, że mała bestia chce się wydostać z klatki. Ale nasza „przygoda” zaczęła się po dwóch godzinach. Na podłogę samoczynnie spadło położone na półce naczynie. Brzmiało to tak, jakby spadł sufit. Wciąż staraliśmy się znaleźć jakieś rozwiązanie i obwinialiśmy za to myszy. Za kwadrans taca i durszlak, które postawiliśmy na miejscu w dziwny sposób przemieściły się na krawędź pojemnika. Zrozumiałam, że to nie jest do końca normalne. Na naszych oczach duży gliniany talerz stojący na parapecie zaczął powoli, powoli pełznąć ku jego krawędzi.
„Po 50-tym pojawieniu się ognia, przestałam liczyć pożary”
- Rankiem 23 lutego zaczęły samodzielnie spadać łyżki i widelce. Słyszeliśmy hałasy – mówi Marina. Poruszała się stojąca na parapecie popielniczka. Spryskałam dom wodą święconą i wszystko się uspokoiło. Jednakże około 3 w nocy zbudził nas trzask spadających sztućców. Ale, jeśli w ogóle można tak powiedzieć, już przyzwyczailiśmy się do podobnych rzeczy i staraliśmy się nie reagować.
- Kiedy doszło do samozapłonu przedmiotów?
- Następnego dnia – odpowiada kobieta – 24 lutego. To prawdopodobnie był najstraszliwszy dzień w moim życiu. Rankiem, kiedy weszłam do kuchni, aby przygotować śniadanie, upadło kilka sztućców. Sasza miał problemy ze utrzymaniem talerza z jedzeniem. […] Wszystko zaczęło się około godziny 2. Zapaliło się najpierw biurko w pokoju mojego syna, potem poduszki, plakaty, zasłonki… Wbiegliśmy do pokoju, próbując stłumić płomień kawałkiem tkaniny. Potem nastąpiła chwila przerwy, po czym znowu wybuchły pożary. Po 50 zapłonie przestałam je liczyć. Koszmar trwał do wieczora. Dwukrotnie zapaliła się zasłona w pokoju Saszy. Zgasiliśmy ją, włożyli do brodzika z wodą, ale po jakimś czasie znów się zapaliła… polietylenowa zasłonka w wodzie. Stoją tu też cukierki. Zapalił się papierek jednego z nich. Zasłonki w kuchni były lekko stopione, ale jeszcze nie zdjęliśmy ich. Nie wspominam już innych drobiazgów jak np. nadpalonych tapet, różnych ozdób, pamiątek, obrazów.
Oczywiście ostrzegłam o tym sąsiadów. Sąsiadka, która jest osobą mocno stojącą na ziemi, próbowała wyjaśnić te zjawiska racjonalnie. Jej zdaniem, problemy mógła powodować wadliwa instalacja elektryczna.
- 23 lutego to pechowy dzień. Często zdarzają się problemy – mówi Marina. 6 lat temu tego dnia nas okradli. Potem przez kilka lat tego dnia woda zalewała nasze mieszkanie. Ale to, co stało się 23 lutego tego roku przeszło wszelkie oczekiwania.
Wszyscy jednak zastanawiali się, co tak naprawdę jest przyczyną tajemniczych pożarów.
- Dziś niestety nie ma jeszcze skutecznych metod na walkę z samozapłonem – mówi ekspert od zjawisk paranormalnych Władimir Czibko. Zwykle zjawisko to połączone jest z psycho-emocjonalnym stanem dziecka, które tam mieszka. Jednak nawet jeśli dojdzie do przeprowadzki, ogień uda się za nimi. Zauważa się, że jedynie kiedy dziecko śpi, ustają pożary. Aby się tego pozbyć należy powrócić do stanu stabilności emocjonalnej.
Ale w mieszkaniu wciąż dochodziło do tajemniczych pożarów, które wzrastały w sile i częstotliwości. Do ich ugaszenia nie wystarczała już zwykła szmata. Należało je gasić wodą. Pewnego wieczora zapalił się nawet… kocur. Nieszczęśnik tak się przeraził, że boi się ludzi i stracił apetyt. Prawdziwe przerażenie czekało jednak Marinę kiedy na jej synu zapaliły się spodnie – wówczas kieszeń jeansów. Sasza zmienił je potem na spodnie dresowe i doznał oparzenia, kiedy i te się na nim zapaliły.
- Marnio, czy Sasza nie przeżywał ostatnio jakichś silnych emocji?
- W pracy powiedziałabym, że jestem matką dorosłego chłopca, ale… - wzdycha Marina. Jest posłuszny, cichy, rozważny. Mamy ze sobą dobre relacje. Ale jak z każdym nastolatkiem zdarzają się problemy. W 8 klasie po konflikcie z wychowawcą musiał opuścić szkołę. Aby odreagować, zaczął trenować boks. Lekarze jednak zalecili zmniejszyć wysiłek fizyczny z powodu jego słabego serca. Przeżył to. W jego pokoju wisiały plakaty bokserów, które zerwał razem z tapetą przed remontem. Sasza jednak z jakiegoś powodu, pewnie głupiego, pomalował te ściany. Psychologowie mówią, że pomaga to w oczyszczaniu duszy.
Jednak najsilniejsze emocje były związane z tym, co działo się w przeddzień wystąpienia dziwnych zjawisk. Saszy nie udało się przez niedopatrzenie, dostać do wymarzonej szkoły im. Boguna. Jego marzenie legło wówczas w gruzach.
Marina ze strachu zwróciła się do popa. Ojciec Wassian kiedy dowiedział się, co dzieje się w domu, przybył do nich nocą z innego miasta.
- Natychmiast powiedziałem gospodarzom, aby odwrócili się od złego – mówi ojciec Wasian, który potem przez długi czas rozmawiał z Saszą. Chłopiec jest zupełnie skołowany. Muzyka, filmy, mistycyzm… Poświęciłem mieszkanie, odczytałem modlitwy i poprosiłem go, aby się wyspowiadał. On jednak był temu niechętny i powiedział, że nie może odrzucić tego, co kocha, np. muzyki. W tym samym momencie zapaliły się kieszenie u jego spodni. Widziałem już w życiu wiele, ale ten widok, co przyznaje, był przerażający. Sasza krzyczał i starał się ugasić ogień. Pobłogosławiłem jeszcze raz wszystko dookoła i powiedziałem: „Idźcie do cerkwi”. […] Jestem zupełnie pewien, że matka i syn powinni przyjąć sakrament i wyspowiadać się za to, co tworzą. Takie gry z Szatanem są bardzo niebezpieczne i mogą doprowadzić do śmierci człowieka. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Rosja: Nawiedzony szpital w Barnauł
2008-03-19
|
Szpital dziecięcy w mieście Barnauł jest nawiedzany przez duchy. Miejscowe legendy mówią, iż nawiedza go duch robotnika, który zginął przy jego budowie. Jak mówią jego pracownicy, nocami da się tam słyszeć niezrozumiałe jęki i szepty. Wszystko to jednak przyćmiły niedawne wydarzenia zarejestrowane przez kamerę w holu szpitala. „Duch chce udowodnić, że widzi i słyszy wszystko” – powiedziała jedna z pielęgniarek.
Na pustych korytarzach słychać odgłos damskich butów, choć nikogo tam nie ma. Nowoprzybyłych przestrzega się, aby nie bali się i nie wpadali w panikę, kiedy usłyszą coś podobnego. Tutaj zjawiska takie są na porządku dziennym. Najważniejsze, że duch nikogo ani niczego się nie tyka.
Ale skąd wziął się tu tajemniczy gość? Mówi się, że w czasie budowy szpitala, zginął jeden z robotników. Być może to jego dusza błądzi teraz w poszukiwaniu ukojenia.
Tak też trwało pokojowe współżycie personelu i ducha, ale do czasu kiedy nie zaczął on dopuszczać się czynów chuligańskich.
Był 28 listopada 2007 roku. Ta noc była pamiętna dla pracowników szpitala. Kamera obserwacyjna w holu coś zarejestrowała. Niech będzie – ktoś włamał się do środka. Można zawiadomić milcje. Ale tego włamywacza nie udałoby im się schwytać, bowiem nieproszony gość okazał się być… niewidzialny.
Najpierw zamknęły się otwarte drzwi w korytarzu, potem fotel obrócił się bez niczyjej pomocy wokół własnej osi.
Potem wszystko ucichło, ale pracownicy nocnej zmiany nie prędko o tym zapomnieli.
Pojawienie się poltergeista
Wszystko powtórzyło się dopiero po trzech miesiącach.
- Stałam w pobliżu męskiej toalety przypominając sobie te wszystkie dziwne historie – wspomina Zoja, jedna z pielęgniarek. Zastanawiałam się, czy duch nadal będzie chuliganić. I następnego dnia pojawił się. Lampa, która od dawna wisiała w toalecie pękła w drobny mak. Znaczyło to, że duch chce udowodnić, że widzi i słyszy wszystko.
Podobne historie zdają się ciekawe, a nawet zabawne, jeśli słyszy się o nich od osób trzecich, ale gdy staje się oko w oko z duchem, żarty ustępują na bok. Zarząd placówki zdecydował się przeprowadzić na jej terenie niezwykły eksperyment – polowanie na ducha.
28 lutego przybyli na miejsce „łowcy duchów” – dwie kobiety i dwaj mężczyźni. Ludzie ci, co warto podkreślić, trzymają się z dala od wszelkich mistycznych koncepcji i wszystkie dziwne zjawiska starają się wyjaśnić przy pomocy znanych nam praw fizyki.
Grupą kieruje Eleonora Czuklina – docent z Krajowego Uniwersytetu Ałtajskiego.
Wkrótce rozpoczęła się ich praca. Ustawili specjalne instrumenty, aparat, kamerę.
Z różdżkami w rękach Siergiej Kormin zbliżył się do fotela, który sam się poruszał listopadową nocą. Siergiej Konstantinowicz badał to miejsce przez kilka minut i analizując zachowanie różdżek stwierdził:
- Sądząc po wszystkim, musi istnieć tu gdzieś silny węzeł magnetyczny – wyjaśnia. Nie dziwi, że meble same się ruszają.
W pobliżu nie znajdują się żadne urządzenia elektryczne o dużej mocy, co oznacza, że anomalia mogła powstać jedynie w wyniku działania ducha. Wygenerowana przez niego energia była na tyle silna, że mogła poruszać meblem.
Idąc dalej korytarzem ekipa szukała anomalnych miejsc za pomocą różdżek. Eleonora Wasiliewna powiedziała coś i zatrzymała się przy jednym z gabinetów.
- Tu, tutaj istnieje silna „antyczakra”. Tego szukaliśmy – przyznaje. Dodaje, że są to swego rodzaju drzwi do innego świata, obok których ludzie mogą wyczuwać chłód czy niekontrolowany strach.
Na drugiej kondygnacji szpitala łowcy duchów badają wszystko metr po metrze. Coś znowu przyciąga uwagę kierowniczki.
- Tutaj jest podobny fantom – mówi Czuklina do swych kolegów i taka uwaga nikogo nie dziwi. Podobne sformułowania są częścią ich pracy.
Mówiąc fantom ma na myśli energię, która może pozostać po zmarłej osobie, albo też uformować się z myśli.
Różdżki potwierdzają odkrycie kolejnego miejsca.
- Wskazówka poza skalą – mówi głos Wiktora Pawlukina.
W męskiej toalecie, gdzie znajduje się roztrzaskana lampa odkryto najsilniejsze promieniowanie elektromagnetyczne. Badacze z zadziwieniem patrzą na tablicę urządzenia pomiarowego. Wskazówka dochodzi do samego końca.
Badacze to zapisują w protokole. Wszystko musi zostać potem dokładnie zanalizowane.
Ksiądz nie uchroni od duchów
W międzyczasie Eleonora Wasiliewna, po przejściu całego budynku mówi o początkowych wnioskach.
- Na wszystkich trzech poziomach centrum znajdują się niekorzystne sekcje. To zupełnie naturalne. Przybywa tu wiele dzieci z różnymi chorobami, zatroskanymi matkami. Ciemne myśli tworzą i psują energetykę. Sądząc po wszystkim, są tu strefy śmierci. To znaczy, że ktoś tu zmarł. W wyniku tego energia osiąga taki stopień gęstości, iż zaczyna poruszać obiektami.
Mogą istnieć także inne czynniki sprzyjające pojawieniu się fantomu, jak np. mikrodrgania ziemi lub pewne zmiany atmosferyczne.
Pracownicy centrum mówią, iż pewnego razu miejsce odwiedził duchowny, który miał zamiar je poświęcić. Zdawało się, że wszystko ucichnie. Jednak Eleonora Wasiliewna uważa, że to nie pomoże.
- To bezskuteczne. Należy przeprowadzić profesjonalne oczyszczenie tego miejsca – dodaje. Jesteśmy w stanie to zrobić, jeśli tylko zgodzi się na to dyrekcja szpitala. |
|
Komentarzy:
0
|
|
2008-03-19
|
|
|
Komentarzy:
0
|
|
|